Tajski epizod z dreszczykiem. Rozdział 3: Po której stronie krat stoisz? Część 2.

in polish •  7 years ago 

Krótko po wschodzie słońca budzi mnie śpiew egzotycznych ptaków. Idę na śniadanie, umawiając się po drodze na wycieczkę łodzią po okolicy. W restauracji siedzi tylko trzech turystów pałaszujących amerykańskie śniadanie. Ja wybieram tradycyjną opcję — ostrą zupę z ryżem i kurczakiem. Chwilę po zakończeniu posiłku przysiada się do mnie wytatuowany blondyn, którego widziałem wczoraj.

Link do poprzedniego wpisu: Tajski epizod z dreszczykiem. Rozdział 3: Po której stronie krat stoisz? Część 2.

— Cześć, Marek, jestem Pierre. Będę dziś twoim przewodnikiem — mówi.
— Witaj Pierre, miło cię poznać — odpowiadam, starając się ukryć niechęć. Pierre sprawia wrażenie kolesia, który za wszelką cenę chce być cool, a że nie ma wiele do zaoferowania, to wytatuował prawie pół swojego ciała i zrobił sobie dredy.
— Gotowy? Chodźmy! — rzuca po moim skinięciu głową.

Ruszamy w kierunku drewnianej, zadaszonej łodzi z silnikiem — takiej samej jak ta, która wczoraj przetransportowała mnie z promu na plażę. Woda jest krystalicznie czysta i bardzo ciepła. Morze przypomina taflę spokojnego jeziora w czasie bezwietrznego dnia. Nie ma ani jednej fali. Pierre wrzuca na pokład dwie maski z rurką do snorkingu i dwa zestawy płetw.

Wchodzimy na łódź. Lokalny sea gypsy odpala silnik i po chwili płyniemy wzdłuż jednego z brzegów Koh Lipe. Ciesząc się słońcem, którego tak bardzo brakowało mi w Irlandii, podziwiam błękitną wodę pełną małych, kolorowych rybek. Lipe z perspektywy łodzi to mała rajska wysepka oferująca białe, puste plaże, palmy kokosowe i wiele hoteli. Okoliczne wysepki wchodzące w skład parku narodowego Tarutao porośnięte są gęstą dżunglą — nie widać na nich jakichkolwiek zabudowań.

W trakcie rejsu do najbliższego punktu widokowego Pierre opowiada swoją historię. Życie we Francji nigdy nie było dla niego. Skończył studia, miał niezłą pracę, ale nie był szczęśliwy. Zamieszkał na Polinezji Francuskiej, a gdy mu się znudziło, wyjechał do Tajlandii. Mieszkał w Chiang Mai, w górzystym regionie północnej Tajlandii, gdzie poznał swoją obecną żonę. Nauczył się mówić po tajsku i razem z żoną przeniósł się na Koh Lantę — sporą wyspę w prowincji Krabi. Ostatecznie jednak wylądował na Koh Lipe. Pracuje dla Castaway Resort jako przewodnik i instruktor freedivingu. Jego żona pracuje w recepcji w tym samym ośrodku.

— Dlaczego opuściłeś Chiang Mai?
— Po przygodzie z Polinezją Francuską brakowało mi wody i plaży.
— I tak dotarłeś na Koh Lantę... czemu tam nie zostałeś?
— Koh Lanta nie jest zbyt przyjaznym miejscem. Jeśli jesteś turystą, który nie mówi po tajsku, to wszystko jest w porządku. Gorzej jednak, gdy planujesz tam mieszkać i rozumiesz, co się wokół ciebie dzieje. Tak jest zresztą niemal w całej Tajlandii...
— A co się działo?
— Rodowici mieszkańcy wyspy nieustannie źle wyrażają się o obcokrajowcach. Słyszałem to wiele razy i...
— I...?
—...i pewnego dnia zwróciłem uwagę barmanowi w lokalnym barze, że nie powinien się tak zachowywać. Razem z kolegą stwierdzili, że jeśli mówię po tajsku i rozumiem, co oni mówią, to nie jestem mile widziany na Koh Lanta.
— Wow, szokujące...
— Bardzo mnie to uderzyło i postanowiliśmy się przeprowadzić. Nie lubię siedzieć tam, gdzie mnie nie chcą.
— Słusznie. Czy na Koh Lipe jest inaczej?
— Tak. Jak widzisz, to malutka wyspa. Wszyscy się tu znają. Nie ma takich komentarzy.
— Rozumiem...
— Dodatkowo Koh Lipe nie jest tak do końca tajską wyspą. Lokalni cyganie nie czują się Tajami. Mieszkają tu od pokoleń i nie byli wystawieni na polityczno-społeczną indoktrynację panującą na stałym lądzie. Są po prostu inni.

— Ciekawa historia...
— Życie jest ciekawe, gdy wychodzisz ze swojej strefy komfortu... o, zdaje się, że dopływamy. Dobrze pływasz?
— Tak sobie, a co?
— Jak się zanurzysz, to zobaczysz! Rozciągnęliśmy linę między tamtą wyspą a Lipe. Przywiążę do niej łódź. Kiedy zejdziemy do wody, to radzę ci być blisko liny!

Zakładamy płetwy i maski i skaczemy do wody, która tutaj okazuje się być dużo chłodniejsza niż przy plaży. Prąd porywa mnie gwałtownie niczym dzika górska rzeka. Łapię się kurczowo liny i zanurzam głowę, oddychając przez rurkę. Ryby każdej wielkości, kształtu i koloru dosłownie wpadają mi na maskę. Woda jest czysta i błękitna, choć silny prąd zdaje się sypać piaskiem z dna oceanu prosto w oczy. Pierre nurkuje bez rurki, ale trzyma się w pobliżu liny. Prąd jest za silny nawet dla niego. Snorking w morzu, które przypomina rzekę, jest ciekawym doświadczeniem. Po kilkunastu minutach obaj z niemałym trudem wspinamy się z powrotem na pokład łodzi.

Płyniemy w spokojniejsze miejsce, gdzie Pierre ma okazję popisać się swoimi umiejętnościami freedivera. W tym celu staje na krawędzi łodzi, zamyka oczy i bierze bardzo głęboki wdech, po czym z cichym pluskiem ląduje w wodzie. Znika pod łodzią na długie minuty. Wypatruję go nerwowo, zerkając co jakiś czas na naszego sternika. — Mai pen rai, mai pen rai (nic się nie stało) — mówi morski cygan z szerokim uśmiechem, widząc moją konsternację. W tym samym momencie z głębin turkusowego morza wyłania się Pierre. Opiera obie dłonie na krawędzi łodzi i wskakuje na pokład, głośno dysząc. Spogląda na specjalistyczny zegarek i komunikuje triumfalnie:

— Pięć minut i 26 sekund. Głębokość: 21,4 metra.
— Rany boskie!
— Mój rekord to sześć minut i 30 sekund. Głębokość: 42 metry. Ale nie
tutaj. Tutaj jest za płytko.
— Jak ty się tego nauczyłeś?!?
— Praktyka. Ciebie też mogę nauczyć.
— Świetnie, a ile to trwa?
— Moi kursanci przeciętnie uczą się dwa dni i są w stanie zejść na piętnaście metrów. Wstrzymują oddech na 3 – 4 minuty.
— Niesamowite!
— Zainteresowany?
— Przemyślę. Na dziś wystarczy mi maska z rurką.

Znów wskakuję do wody, z ulgą stwierdzając, że tym razem prąd nie ściąga mnie w żadnym kierunku. Kładę się płasko na zielonkawej tafli i zamieram w bezruchu, oddychając spokojnie przez wystającą z wody rurkę. Ciekawskie rybki opływają mnie z każdej strony, podgryzając delikatnie w ramach testu, czy przypadkiem nie jestem nowym rodzajem pożywienia. Pierre fotografuje tę niezwykłą scenę, po czym płyniemy w kierunku najbliższej wyspy na lunch z pudełka, który mój przewodnik zabrał ze sobą. Rozkładamy się na pustej plaży i zajadamy kurczakiem curry z obowiązkowym ryżem.

— Pierre, nie brakuje ci cywilizacji? — pytam.
— Mam tu wszystko, czego potrzebuję — żonę, dziecko, które chodzi do lokalnej szkoły, pracę i mieszkanie. A przede wszystkim naturę, wodę i rajską plażę. Wszystkie moje potrzeby są zaspokojone.
— Wow. Bywasz na stałym lądzie?
— Kilka razy w roku. Głównie żeby załatwić okresowe formalności. Nie ma tam nic, czego bym potrzebował. Stworzyłem własny styl życia.
— Niesamowite. Co na to Twoja rodzina, przyjaciele?
— Poza siostrą nie utrzymuję z nimi kontaktów. Nie rozumieją mnie.
— A twoja siostra cię rozumie?
— Stara się, choć jest jej trudno. Była tu kilka miesięcy temu...
— I co?
— Próbowała mnie namówić, żebym wrócił do normalności. Wiesz, żebym wrócił do Francji, wskoczył w garnitur i znalazł sobie „normalną” pracę. — Rozważałeś jej propozycję na poważnie?
— Ani przez chwilę. To mała wyspa. Wielu Europejczyków nie wytrzymałoby tutaj długo. Patrzą na mnie jak na dzikie zwierzę uwięzione w klatce. I ja wierzę w istnienie tej klatki. Zastanawiam się tylko, czy oni wiedzą, po której stronie krat się znajdują...

Zrozumiałem, co miał na myśli. Niby żyjemy w wolnych, demokratycznych krajach. Niby możemy studiować to, co chcemy. Niby możemy wybrać karierę w interesującym nas zawodzie. A mimo to żyjemy w kulturze współczesnego niewolnictwa. Sprzedajemy swoją wolność za comiesięczne wynagrodzenie. Kupujemy domy i samochody na kredyt, który zniewala nas jeszcze bardziej. Raz podłączeni do systemu nie możemy się odłączyć. Bo rata za dom, samochód, składka emerytalna, dzieci, żona.

A taki Pierre? Żyje w raju i pracuje, pływając z klientami w błękitnych wodach Morza Andamańskiego. Gdy nie ma turystów, spędza czas z żoną i dzieckiem, które — jak się okazuje — można także wychować na tropikalnej wyspie. Ja wykonałem pierwszy krok. Rzuciłem korporacyjną nudę na rzecz wielkiej niewiadomej. Wierzę jednak, że lepiej celować w gwiazdy i wylądować w bagnie, niż celować w bagno i... też w nim wylądować.

Słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, rozświetlając bezchmurne niebo feerią czerwono-pomarańczowych barw. Wskakujemy na łódkę i tuż przed zmrokiem wracamy na Koh Lipe.
Postanawiam wyciszyć się i zostać jeszcze kilka dni. Spędzam czas, pływając w ciepłej morskiej wodzie, włócząc się po wyspie, jedząc i pijąc w okolicznych barach i restauracjach. Zaliczam także tradycyjny tajski masaż. Oficjalne dane podają, że na Lipe mieszka trochę ponad 30 000 ludzi. Jeśli to prawda, to nie mam pojęcia, gdzie akurat przebywają, bo mała wysepka nie sprawia wrażenia zatłoczonej. Niewiele jest kobiet, a te, które są, nie wydają się być warte bliższego poznania.

Do tego jestem tu na początku sezonu. Turystów także nie ma zbyt wielu. W szczycie sezonu przypadającym na grudzień i styczeń podobno nie ma co się tu pojawiać bez rezerwacji. Wszystkie hotele i bungalowy są zajęte. Ludzie śpią na plaży lub, zawiedzeni, wracają na stały ląd. Trudno mi sobie wyobrazić, jak ten raj na ziemi może okresowo zamieniać się w zadeptaną, turystyczną imprezownię...

Ciąg Dalszy Nastąpi...

Zdjęcie pochodzi z www.asiatourpc

Authors get paid when people like you upvote their post.
If you enjoyed what you read here, create your account today and start earning FREE STEEM!
Sort Order:  

Człowieku czytając te opisy poczułem się przez chwilę, jakbym sam tam nurkował będąc skubanym przez małe rybki :) Ehh cóż pora wrócić jednak do klepania w klawiature i wypełniania kolejnych komorek excela.

Oby tylko szef nie zorientował sie, że na chwile odpłynałem przy tej ciekawej lekturze.

Bardzo mnie to cieszy! Mam nadzieję, że od tej pory będziesz odpływał regularnie! :-)

Niewiele jest kobiet, a te, które są, nie wydają się być warte bliższego poznania.

Na podstawie przeczytanych już rozdziałów wiem, że to miejsce z wyżej wymienionego powodu nie jest dla Ciebie :D :D